Do diabła z tym pięknym kalendarzem!

Mam taki swój mały zwyczaj. W każdą niedzielę siadam ze swoim kalendarzem i planuję kolejny tydzień. Zapisuję treningi, dodatkowe zajęcia, spotkania, rzeczy do zrobienia w domu… Zapisuję WSZYSTKO. Organizacji czasu nauczyłam się jeszcze w liceum, a na studiach osiągnęłam w niej mistrzostwo.

Oczywiście szkoda, że to mistrzostwo nie przejawiało się w trakcie sesji, ale przecież jak można się uczyć, kiedy dywan w sypialni jest zakurzony?! Przecież to oczywiste, że w takiej sytuacji należy od razu odkurzyć wszystkie pomieszczenia w domu… Kubek po wodzie też się sam nie umyje, firanki nie wypiorą, książki na regale też same się nie poukładają alfabetycznie i tak można wymieniać w nieskończoność. Ale już dość tej dygresji!

Mam za sobą bardzo intensywny (ponad) miesiąc…

Wzięłam udział w biegu przez błoto.

Pojechałam na moje ukochane Mazury i po raz pierwszy sama przejechałam 300 km samochodem. Jako kierowca. Następnie na długi weekend z wizytą wpadła siostra i razem pływałyśmy w Redzie z REKINAMI. Ok, właściwie to z rekinkami, będącymi w akwarium, ale były przerażająco urocze, więc też się liczy! Tydzień później przejeżdżałam przez miejscowość o wdzięcznej nazwie Czyżew-Sutki, aby pobawić się weselu odbywającym się tak blisko granicy z Białorusią, że aż Łukaszenka poinformował mnie, iż minuta rozmowy będzie Asię kosztować 5 zł. PIŃĆ ZŁOCISZY!

Takie kosmiczne sumy, a za to nawet nie kupiłabym wody na Openerze. Tak, tak, zaliczyłam ten hipsterski festiwal, ale wiecie… DAVE GROHL STAŁ JAKIEŚ 2-4 METRY ODE MNIE (jestem kobietą – moja zdolność postrzegania odległości jest zdrowo zaburzona, ale był wystarczająco blisko, abym kiedyś zanudzała tym swoje dzieci, a póżniej wnuki)! I uczestniczyłam w takim pogo, że wreszcie (po 25 latach życia…) dotarło do mnie, iż tłum na koncercie może Cię zabić. Och, ja naiwna… Zanim komuś przyjdzie do głowy uczestniczyć w takim czymś, to polecam wykupić dobrą polisę.

A wisienką na torcie był Jean Michela Jarre’a (Żarł Miszel, żarł!). Chociaż kompletnie nie moje klimaty, to jednak:

  1. Jest geniuszem muzycznym i robi show niepodobne do niczego.
  2. Nie boi się mówić otwarcie o niewygodnych tematach.
  3. Cholera, chciałabym tak skakać o mieć tyle energii, gdy będę w jego wieku. On po prostu żyje muzyką.

Dokładając do tego 8-godzinny tryb pracy oraz treningi nie ukrywam, że niezła ze mnie dętka. ALE! Szczęśliwa dętka. Szczęśliwa, bo ten kocioł przypomniał mi o rzeczach, które kiedyś kochałam, a obecnie je zaniedbuję na rzecz jakiegoś durnego serialu lub strzelanki. Przypomniał mi o tej mądrości, że jakość naszego życia to nic innego jak suma naszych chęci, kreatywności, samozaparcia i odrobiny tupetu oraz odwagi. Przypomniał też, że nie da się zaplanować wszystkiego. I wiecie co?

I chwała za to!

Czy wiecie, ile kalendarzy/kartek/zeszytów/brudnopisów zmarnowałam, bo chciałam mieć wszystko dopięte na ostatni guzik? Albo jak zaczęła mnie przerażać moda na planowanie każdej sekundy swojego życia? Prawda jest taka, że nawet najpiękniejszy i najbardziej wypasiony kalendarz to tylko gadżet. Nie da nam on ani siły, ani pomysłu. On je może co najwyżej wspomóc. Jest mi wstyd, że tak długo dałam się w to wrabiać. Mówiłam o swoich planach, ale potem nie robiłam nic w kierunku ich urzeczywistnienia. Może i w którymś momencie wydawało mi się, że jest inaczej, ale prawda jest taka, że tylko planowałam.

A bo nie ma pieniędzy, a bo nie ta pora… Ha, i tak właśnie minęło już ponad ćwierć wieku. Ludzie, ćwierć wieku, a dopiero teraz dociera do mnie, ile mogę przeżyć, kiedy po prostu się zamknę i zacznę działać.

I wiecie co? Polecam to każdemu.

DO DIABŁA Z KALENDARZEM!

A tak w ogóle to… HEJ! Wróciłam!