Niedziela z Rudą #1: Czepki i włosy, czyli Asia na basenie

Niedziela! Biorąc pod uwagę mój sześciodniowy tydzień pracy, to właśnie niedziela jest obecnie moim ulubiony dniem tygodnia. Mogę sobie leżeć i nic nie robić, pomarudzić na blogu i jeszcze wypić prawdziwie smaczną kawę. Pogoda w Gdyni jest wyjątkowo piękna, bo wreszcie wyszło słońce, temperatura przekroczyła 15 stopni i czuję się jak w Polsce, a nie jak na Wyspach Brytyjskich (które kocham!). Do tego z samego rana zaliczyłam dwugodzinną M-A-S-A-K-R-Ę na siłowni (było świetnie!). Mam nadzieję, że ciasto śliwkowe, które właśnie się piecze w moim piekarniku, wynagrodzi mi to, że jutro będę potrzebowała asysty przy klepaniu w klawiaturę. Serio, ja już po prostu wiem, że nawet palce będą mnie boleć. Ach, czego się nie robi dla pasji?

Robi się wszystko!

Słuchajcie, nawet idzie się na trening pieszo, bo K. perfidnie zabrał Audicę i pojechał pracować (hah, bez sensu! 😉 ). Zawsze w duchu podśmiewałam się z tych, którzy na trening przyjeżdżają autem, żeby usiąść na stacjonarnym rowerze, a na sam koniec korzystają z windy lub ruchomych schodów. I chociaż sama przez większość czasu nadal chodzę na piechotę, schodów i windy moja siłownia nie ma, to kocham spinning i no… odkąd mamy Audicę po prostu się rozleniwiłam. Wstyd, panno Joanno, wstyd!

A tak już całkiem poważnie – to był dobry tydzień (gdyby tylko wykreślić zapalenie zatok…). Wybraliśmy się do kina na Blade Runner 2049 i teraz książka patrzy się gniewnie na mnie z półki i krzyczy „PRZECZYTAJ MNIE!!”. Ale nie, nie, nie! Na to przyjdzie czas potem, bo wiem, że jak zacznę kolejną książkę, to żadnej nie skończę. Poza tym jeszcze trzeba być aktywnym!

Ach, te czepki…

Będąc słodkim (choć niezbyt urodziwym) dzieckiem, kochałam wodę. Jeżeli wybieraliśmy się na plażę/basen na pięć godzin, to ja te bite pięć godzin pływałam, skakałam, nurkowałam i wychodziłam, dopiero gdy moje usta przybierały ten piękny siny odcień. A potem byłam nastolatką i kompleksy wygrały – przestałam pływać. Ależ ja durna byłam! Nie ma co roztrząsać, o tym może innym razem. W każdym razie udało nam się wybrać na basen i było… zabawnie.

Ludzie… NIGDY, przenigdy nie sądziłam, że zakładanie czepka potrafi przysporzyć tyle problemów… Ale od początku! Chcąc być dobrze przygotowana do pierwszej (od dłuższego czasu) wizyty, wyczytałam na stronie basenu, że osoby z długimi włosami obowiązkowo muszą mieć ze sobą czepek. Wiedziałam, że gdzieś tam w odmętach jednego z moich pudełek po butach, które służą mi do gromadzenia drobnych przedmiotów (czyt. rupieci), taki ów czepek jest. Ot, silikonowy, czarny, bez szału, bo niby czego więcej od czepka wymagać? Mieliśmy mało czasu na dojazd i przebranie się, więc włożenie czepka pozostawiłam na sam koniec, tuż przed wejściem do wody. Myślałam, że zajmie to może parę sekund, a ja w mig niczym syrenka będę się pluskać.

Oj, głupiaś!

Kiedy już byliśmy na hali, podeszłam do wody, zamoczyłam czepek i zaczęło się piekło. Wszystko przez to, że Asia nie sprawdziła, iż czepek jest prawdopodobnie… dziecięcy. Nie jestem gigantem, głowę mam raczej (chyba?) proporcjonalną i pewnie bym się wcisnęła, gdyby nie moje… włosy. Wg standardów fryzjerskich moje włosy są już długie, ale prawdziwym problemem okazała się ich ilość – jest ich ich dużo. PIEKIELNIE dużo. Myślałam jednak, że zwykły koczek wystarczy i bez problemu wcisnę się w to dziadostwo.

No… nie…

Pierwsze dwa podejścia spróbowałam wykonać sama – bez skutku. Niczym dzielny rycerz na białym rumaku, K. ruszył z pomocą, aby nie marnować więcej czasu (w końcu mamy tylko 45 minut!). Ja próbowałam okiełznać włosy, a on próbował nałożyć mi czepek. Po kilku próbach, któreś z nas doznało olśnienia, że może problemem jest ten kok? Ściągnęłam więc gumkę i przygotowałam się psychicznie na kolejne podejście. To był koszmar. Potem było drugie, trzecie, dziesiąte i dalej nic. Ponownie trybiki w naszych głowach zaczęły się leniwie obracać i doznaliśmy olśnienia. A może tak K. potrzyma włosy, a ja sama ubiorę czepek? Tak, to jest myśl!

Poskutkowało!

Co prawda za którymś podejściem, ale przynajmniej przestaliśmy być darmową rozrywką dla grupki ćwiczącej pływanie synchroniczne, ratowników i paru innych osób. Happy end?

Otóż NIE! Czepek ześlizgiwał się średnio co cztery długości basenu, wyrywając przy tym kolejne włosy. Trochę to smutne, że najprzyjemniejszą częścią tego wypadu była chwila, w której mogłam to dziadostwo zdjąć z głowy. Jak się zapewne domyślacie, nie spełnił on również swojej roli, bo co rusz dostawała się też pod niego woda. Wnioski?

ZAWSZE sprawdzaj czepek przed wyjściem na basen. A najlepiej zacznij od tego, żeby kupić go w dobrym rozmiarze.

Amen.

I tak się kończy pierwsze po dłuższym spotkanie Asi z basenem. Jak widać, zakładanie silikonowego czepka wpada już w kategorię rocket science i nie mam co próbować drugi raz. Wczoraj kupiłam nowy, który potrafię założyć bez problemu.

Mam nadzieję, że Wasz tydzień oszczędził Wam wyrywania włosów, zapalenia zatok i był cudny, niczym dzisiejsza leniwa niedziela. Zostało jej jeszcze trochę, więc uciekam się nią nacieszyć opychając się kolejnym eksperymentem kulinarnym i ciepłą herbatą.

Tak…

Niedziele są super!