Utracona tożsamość, czyli zagadka zaginionego portfela

Wyobraź sobie to: koniec roku już za rogiem. Wszyscy wokół piszą podsumowania, tudzież postanowienia na kolejny rok. Nie chcąc się wyróżniać, ja również zasiadłam przed laptopa, z kawą obok, z głową pełną wspaniałych pomysłów i zaczęłam spisywać swoje osiągnięcia w roku 2017. Wszystko to robiłam z nadzieją, że uda mi się dokończyć notkę jeszcze przed Sylwestrem. Wszak przede mną ponad 8 godzin jazdy pewnym przewoźnikiem na p, który wspaniałomyślnie udostępnia wi-fi. Świetny plan na ostatni tydzień w roku, prawda?

Nie wypalił. Nie wypalił KOMPLETNIE.

Piątek przed świętami miałam zaplanowany co do minuty. Miałam wstać w okolicach godziny 5:30 – 6:00, żeby spokojnie się dopakować, umyć głowę, zjeść śniadanie i jeszcze w drodze na PKS zaliczyć trening. Bez większych komplikacji odhaczyłam z listy pierwsze trzy punkty i zaczęłam się zbierać do wyjścia. Jedzenie spakowane, strój do ćwiczeń założony, więc jeszcze tylko ostatnia kontrola walizki oraz plecaka. Wszystko wyglądało ok.

W głębi duszy czułam jednak, że coś nie gra. Spojrzałam w stronę szafki przy wyjściu z mieszkania, gdzie zazwyczaj odkładam rzeczy w stylu klucze, okulary przeciwsłoneczne itp. Jakież wielkie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam tam swoją kartę wstępu na siłownię.

„Gamoniu… Przecież po wczorajszym treningu nie spakowałaś jej, jak każdy przyzwoity człowiek, do portfela!” pomyślałam.

Nie pierwszy, nie ostatni raz. Chwyciłam więc kartę z zamiarem umieszczenia jej tam, gdzie jej miejsce. Będąc święcie przekonana, że portfel siedzi sobie spokojnie w plecaku, zaczęłam w nim szperać. Nic. Pustka.

Mini zawał serca nr 1

„Spokojnie, może nie wyjęłaś go z torby treningowej?” próbowałam się uspokoić i ruszyłam w odległą podróż do sypialni. Słowo daję, po 4 latach spędzonych w kawalerce o porażającej wielkości 26 m2, przeniesienie się do 40 m2 odczuwa się niczym zamieszkanie w willi z 5 basenami, 3 pełnowymiarowymi kortami tenisowymi i stadniną.  W skrócie: wszędzie jest daleko. Sytuacja jednak zmusiła do zrobienia „kilku kilometrów” i odkopania torby z wielkim kotem. Pierwsze przeszukanie bez sukcesu. Wywaliłam więc torbę na lewą stronę i opróżniłam wszystkie kieszenie.

Mini zawał serca nr 2

„Może jest w torbie ze spakowanymi rzeczami?” – nie, nie było go tam. Starając się powstrzymać atak paniki, chwyciłam za telefon i po krótkich poszukiwaniach w internecie wykręciłam numer na recepcję siłowni, w której byłam poprzedniego wieczoru. Bardzo uprzejma pani poinformowała mnie, że nikt nie znalazł niczego od wczoraj. Drugi telefon wykonałam do przyjaciółki, którą odwiedziłam pod koniec dnia. Niestety, bez sukcesu. Kilka mini zawałów pod rząd. Dodatkowo mój chłopak nie odebrał żadnego z miliona moich telefonów. Rozumiem go  – sama o tej porze bym spała sobie w najlepsze.

„No, stara… jesteś w żopie…”

Sama w domu, gotówki zero (a przecież jeszcze do Gdańska trzeba dojechać…), zagubiona tożsamość, bezimienna i tylko głowa pełna myśli: co dalej? Po paru głębszych oddechach stwierdziłam, że nie ma co już dłużej rozmyślać i siedzieć w domu. Miałam niecałe cztery godziny do odjazdu busa, a czekała mnie wizyta w banku, (o zgrozo) w Urzędzie Miasta i modlitwa, żeby nikt na moje dane nie wziął kredytu na nowe auto lub w/w willę. Super początek Świąt! Nie było co zwlekać, więc wyciągnęłam jedyny dowód potwierdzający, że ja to ja i z plecakiem, pełną torbą oraz siatką z jedzeniem (jak typowy polski podróżnik – bez kotleta na początek jazdy ani rusz!) wyszłam z domu.

Bank nie był problemem, bo mieszkam zaraz koło oddziału, więc sprawa poszła tutaj dość szybko. Karta zablokowana, nowa zamówiona (z czaderskim wizerunkiem) i nawet byłam na tyle bystra, żeby podjąć trochę kasy i mieć na bilet. Brawo ja! Teraz tylko Urząd Miasta.

Urzędy nie takie straszne…

Słuchajcie… panie tam były MIŁE! M-I-Ł-E. I nie było KOLEJEK! Gdynio, jesteś świetna i kocham Cię z całego serca. Moje poprzednie doświadczenia z podobnymi instytucjami w innych częściach kraju były najdelikatniej mówiąc nieprzyjemne, więc jeszcze jestem w szoku. Tym bardziej, że na moje pytanie, ile kosztuje wyrobienie nowego dowodu, pani z uśmiechem odpowiedziała, że dowody są darmowe. Niestety, z prawem jazdy już nie jest tak kolorowo i nie dość, że nie mogłam tego zgłosić, to wyrobienie nowego kosztuje 100,50 zł. Słownie: sto złociszy i pińdziesiąt groszy. PIŃDZIESIĄT GROSZY! Cóż, po prostu nie można mieć wszystkiego.

Była zaledwie 9:30 rano, a ja już czułam się jak po przebiegnięciu półmaratonu. Zdemotywowana wsiadłam do pięknej kolei trójmiejskiej i stwierdziłam, że resztę czasu przeczekam już na dworcu, przy okazji zaopatrując się w chociażby namiastkę dobrej kawy.

Po około dwudziestu minutach jazdy, gdy byłam mniej więcej w połowie drogi na dworzec, zadzwoniła komórka.

Więcej szczęścia niż rozumu

‚Halo?’

‚Dzień dobry, dzwoniła Pani dzisiaj rano w sprawie portfela i właśnie nasza sprzątaczka znalazła go w szafce w damskiej szatni…”

W moich uszach rozbrzmiewał drwiący chichot losu. Portfel się znalazł. Przez bite 15 godzin nikt go nie zauważył i nie odniósł na recepcję, a warto wspomnieć, że siłownia jest w największym centrum handlowym w Gdyni (jedno z większych w Polsce), więc przewija się przez nią konkretna liczba ludzi. Ja już nawet nie będę próbować rozkminiać, jakie szczęście od samego początku miałam.

Tylko DLACZEGO ten telefon zadzwonił po tym, jak już zamówiłam nową kartę, dowodu osobistego mogłam użyć co najwyżej jako zakładkę do książki, a o całej sprawie powiadomiłam również komisariat policji?!

Nie ma tego złego…

Miałam jeszcze czas, więc niesamowicie wdzięczna odebrałam moją zgubę i zaczęłam szukać pozytywów. Hm, zobaczmy:

  • zostałam kompletnie bez własnej gotówki na pewien okres czasu, bo karta doszła w połowie stycznia (niech cię szlag trafi, Bison bonasus),
  • musiałam użerać z wyrabianiem dowodu osobistego (wniosek już złożony!),
  • gdy potrzebuję gdzieś okazać dowód tożsamości, to muszę mieć przy sobie paszport, bo prawo jazdy jest tylko potwierdzeniem tego, że powinnam umieć kierować autem.

A potem w głowie zabrzmiały mi słowa pani z UM zajmującej się wydawaniem prawa jazdy: „sto złociszy i pińdziesiąt groszy” oraz „ale prawa jazdy się nie zastrzega”.

PRAWA POCHRZANIONEGO JAZDY SIĘ NIE ZASTRZEGA.

Pomyślałam o tym, że mimo wszystko to koniec końców jestem w jakiś sposób bogatsza….ok, ok, nie zubożałam o tę stówę, którą musiałabym wydać na wyrobienie nowego dokumentu. Uśmiechnęłam się pod nosem i pomyślałam, że może jednak ktoś tam czuwa nad moimi finansami. A co zrobiłam z zablokowanym dowodem i kartą?

Heh… spakowałam i dałam mojemu tacie pod choinkę jako prezent. Mina bezcenna!

Takim optymistycznym akcentem witam Was z lekkim poślizgiem w 2018 roku. Mam nadzieję, że jego reszta będzie równie pokręcona (w optymistyczny sposób), jak ta przygoda i będę mogła za kilka lat przeczytać wszystkie te historie z myślami „coś Ty miała w głowie to pisząc…”.