Asia i trening – jak zaczęłam być FIT

Dzień dobry ze słonecznej Gdyni! Po ostatnim podmuchu zimy możemy wreszcie powiedzieć, że nad morze zawitała wiosna. Wczoraj temperatura sięgnęła powyżej 15 stopni Celsjusza, a ja co? A ja… mogę tylko patrzeć tęsknym okiem przez okno i głośno przeklinać cholerną bakterię, która zdecydowała się uprzykrzyć mi życie. Już drugi tydzień leżę w łóżku i próbuję wrócić do świata żywych. Dla mnie, jako osoby bardzo aktywnej fizycznie, jest to osobiste piekło. Z racji tego, że jeszcze przez jakiś czas nie będę mogła ćwiczyć, pozwoliłam sobie na chwilę refleksji i przypomnienie, jak w moim życiu na stałe zagościł trening i bycie FIT.

Bez zwolnienia lekarskiego

Gdybym miała uczciwie ocenić swoją aktywność fizyczną z lat dziecięcych i nastoletnich, to określiłabym ją jako umiarkowaną. Z jednej strony wychowanie fizyczne zawsze należało do moich ulubionych lekcji, a z drugiej nigdy nie zrobiłam nic ponad. Owszem, śmigałam na rowerze i rolkach, uwielbiałam spacery i jazdę na łyżwach, a większość czasu starałam się spędzać ze znajomymi na świeżym powietrzu, ale te aktywności miały charakter baaaardzo okazjonalny. Nie było nic, co byłoby wpisane w mój kalendarz na stałe. Poza tym sporo czasu spędzałam też przed komputerem (duuużo wtedy grałam) i telewizorem. Ot, taki tam pół-kanapowiec. Na szczęście nigdy nie poszłam za tą głupią modą, która opanowała mózgi sporej części moich rówieśniczek i nie załatwiłam sobie zwolnienia lekarskiego.

Jedzenie i jeszcze więcej jedzenia…

Chociaż pozostawałam w dość dobrej kondycji fizycznej, to otwarcie mogę powiedzieć, że miałam nadwagę. Nie za dużą, ale wystarczyło, żeby wpędzić mnie w kompleksy i uprzykrzyć mi życie. Głównym powodem tego była fatalna dieta: mało warzyw, dużo tłustych i mącznych dań (ta śląska kuchnia!), a także miłość do słodyczy i fast foodów. Tabliczka czekolady? Pychota! Dodatkowa porcja ciasta? A jak! Pizza? Może od razu dwie? Ok, z tym ostatnim żartowałam, ale mniej więcej tak to wyglądało. Do tego w liceum doszły problemy hormonalne, o których dość długo nie miałam pojęcia, samodzielne dojeżdżanie samochodem i tadam! Oto przepis na nadwagę!

Do lekarza marsz!

Pewnego dnia zaniepokojona sygnałami, które wysyłał mój organizm, udałam się z mamą do lekarza. Nie będę się zbytnio rozpisywać odnośnie choroby, jej przebiegu i leczenia, bo zamierzam o tym napisać oddzielny tekst. Jednak z całą pewnością mogę stwierdzić, że był to pierwszy krok do nowego życia, choć nie do końca ukierunkowany na utratę wagi. Zaraz po zakończeniu kuracji zdałam maturę i wyjechałam na studia, gdzie mogłam już sama decydować o tym co jem. Idealny moment na nowy start! Czy od razu wcieliłam go w życie? Heheheheheh… nie :D.

Pierwszy trening z Ewą i Mel B

Dzięki kuracji osiągnęłam bardzo fajne rezultaty i nie czułam większej potrzeby. Zwłaszcza, że porzuciłam auto na rzecz komunikacji miejskiej, studia wymuszały pracę w terenie, więc wciąż traciłam na wadze. Wiecie jak przyjemnie było słuchać tych wszystkich komplementów od znajomych? To był pierwszy raz, kiedy poczułam się… ładna i pewniejsza siebie. Sprawiło to, że zapragnęłam więcej. Jakoś pod koniec drugiego roku studiów (rok 2013) odkryłam Ewę Chodakowską i Mel B. Mój BOŻE, pierwsze treningi były STRASZNE, ale to dzięki nim udało mi się wpleść treningi do mojego harmonogramu na stałe. Do tego zakupiłam pierwszą książkę Ewy, zaczęłam stosować zdrowsze zamienniki i efekty były bardzo fajne. W nowym roku akademickim zapisałam się na siłownię i… już zostałam. Na innej siłowni, ale zostałam. Pokochałam fitness, crossfit, trening siłowy i wszelkie formy aktywności do tego stopnia, że w 2016 roku zdobyłam uprawnienia trenera personalnego i instruktora siłowni. Pod koniec roku planuję zrobić kurs instruktora fitness, a być może uda mi się zrobić coś jeszcze! Nie będę zdradzać szczegółów, bo plan zrodził się w poniedziałek, ale trzymajcie kciuki!

Dni słabości

Czy takie mam? Jasne. Jak każdy bywam zmęczona, zniechęcona, zestresowana, zapracowana i czasem po prostu mi się nie chce. Natomiast były to maksymalnie 2-3 dni i już mnie zaczynało nosić. Sport wszedł mi w krew i zostanie już tam do końca. Daje mi to niesamowitego kopa, pozytywnie wpływa na mój stan umysłu i nastrój. Ćwiczę, bo to mi sprawia przyjemność i radość. Jasne, mam jakiś tam plan, który chcę osiągnąć do lata tego roku, ale to będzie w oddzielnej notce, a poza tym teraz skupiam się na powrocie do zdrowia.

 

I tak oto z pół-kanapowca stałam się demonem siłowni. Cieszę się, że tak się stało, bo dzięki temu jestem zdrowsza, pewniejsza siebie, częściej się uśmiecham i poznałam wspaniałych, wspierających ludzi! Jeżeli boisz się wykonać ten krok – nie ma czego! Wszyscy kiedyś zaczynaliśmy i dojście do określonej formy przyszło po długiej, ciężkiej i systematycznej pracy. Możesz więcej, niż Ci się wydaje, więc wskakuj w strój, ubierz odpowiednie buty i włącz program treningowy lub wybierz się na zajęcia fitness i działaj!

I wyjątkowo zrób trening też za mnie! Obiecuję nadrobić wszystko!